Zakładki:
Pociągnij za linkę ze wszystkich sił
Ulubione
|
piątek, 13 marca 2009
Kochane dziewczyny
Sama nie lubię jak ktoś pisze szczerze i przyzwyczaja mnię do siebie a potem milknie gwałtownie. Czuję sie wtedy trochę oszukana a na pewno opuszczona. Otwieranie sie na czytelników bloga zobowiązuje. Tym bardziej przepraszam. I bardzo sobie doceniam, że udało mi sie zainteresować sobą trochę osób, które może nawet martwią się o mnie, tak ja martwię się też niejednokrotnie. To nie jest dobrze, że tak długo nic nie piszę. Dlaczego? Jest wiele powodów. Najważniejszy to ogrom niepokoju o własne pryncypia i świadomość, że nikt mi nie jest w stanie pomóc. że moje notki mogą być niezmiernie ciężkie w odbiorze bo taki los przypadł mi w udziale i po co niepokoić innych, którzy też mają swoje zmartwienia. Tak, przedłuża się czas oczekiwania na jakieś konstruktywne zmiany w moim życiu, nie zmienia się tylko jedno...ja sama.Fakt, że skończyłam 60 lat to żart jakiś, bo czuję się jak zawsze, tzn. nieszczególnie ale - wybaczcie - młodo. Dzisiaj mam imienimy, któryż to już raz i wcale nie widzę różnicy jak to było kiedyś. Byłam młodsza i młodsze były moje zwierzęta i po prostu nie było z nimi kłopotu. Teraz jest i to jeszcze jak. Wybaczcie, że nie piszę o Mamie ale nie chcę. Jest zaopiekowana. Skończyłam remont mieszkania i wcale nie potrafię się tym cieszyć. Waterloo przyjedzie wkrótce to może jakieś fotki pokażę - obiecuję. Moim największym zmartwieniem jest mój syn i ten fakt nie pozwala mi tak swobodnie pisać w internecie a miałabym ochotę i miałabym o czym. Z jednej strony jestem z niego dumna a jednocześnie bardzo niespokojna. Są takie sytuacje, których nie da się wytłumaczyć na blogu. I tu jest sedno, że nie mam możliwości konsekwentnie donosić kim jestem.
czwartek, 08 stycznia 2009
Nowy rok i dalej...
Po Swiętach i Nowym Roku piszę i bardzo przepraszam, że nie odezwałam się jak wypadało. Dziękuję za liczne życzenia i prosze o wybaczenie, że nie odzywałam się. Też Wam Zyczę. Zawsze. Przywiazałam się do bloga i jak coś napiszę to zawsze pilnie sprawdzam kto czytał no i kto się odezwał. To mnie w jakiś sposób zobowiązuje. W końcu sama czytam i czekam na ciąg dalszy. Niestety coś się takiego porobiło, że nie mam umiejętności dalszego pisania. Szarym cieniem i zimnym kamieniem położył mi się na sercu niepokój o najbliższego. Nie wiem dlaczego ale czuję, że muszę wstrzymać oddech. Gdzie tu miejsce na publikacje. Będę walczyć, nie po raz pierwszy i jak zawsze muszę w tym być sama. Podeprę się swoją intuicją, przestanę przejmować sikającym psem...trudną Podopieczną (wybaczcie kolejność) i na pewno odezwę się jak już się dobrze ułoży, musi bo nie widzę inaczej przyszłości. Tak zabrnęłam, że nie pisanie bloga to jak nieodrobione lekcje a przecież jak miałam zmartwienia albo choroby to do Was jak w dym. Jeszcze raz proszę o zrozumienie, to napewno się zmieni, poprawię się wkrótce, mam nadzieję.
czwartek, 18 grudnia 2008
Przedświątecznie
Długo nic nie pisałam bo mi ta ręka nie chciała na klawiaturę, no nie i koniec. Jeszcze czytać to i owszem i coś tam skomentować ale krótko i pobieżnie. Przeszłam poważną fazę pt. po co piszesz ludziom o swoich kłopotach, co, nie mają własnych? A że sentymentalna jeszcze jestem to i nastrój świąteczny pobieram tak czy tak. Chciałam 16-go grudnia opisać napaść na kopalnię Wujek bo jak już pisałam wszędzie mam blisko. To napiszę teraz, chociaż rocznica już jakby nieaktualna ale moja pamięć o tym jak najbardziej. Byłam tego dnia w domu, wcześniej młodszego syna do przedszkola odprowadziłam. Dzień był mrozny i śnieżny, nie to co dzisiaj. Czekałam na brata męża bo coś tam mieliśmy do załatwienia. Spózniał się okropnie, w końcu przybył narzekając, że wszystkie drogi zablokowane i ledwo dotarł. Niezastąpiony w pracy w centrum miasta. Siedzimy w kuchni przy kawie i nagle detonacje, no to do okna i widzimy helikoptery, które coś tam wypluwają nad kopalnią. Ki diabeł, porwałam sanki, szwagra i biegiem do przedszkola, bo ono było usytuowane tuż przy Kopalni. Przedszkolanka otworzyła nam drzwi zapłakana a dzieci zbite w wystraszoną grupkę czekały aż ktoś im przyjdzie z odsieczą. Rodzice nie mogli dojechać bo wszelkie drogi były zablokowane czołgami a ja, że osiedlowa porwałam to swoje wystraszone dziecko na sanki i biegiem do domu. Przed blokiem w międzyczasie rozbiegły się oszalałe ze strachu kobiety, których mężowie pracowali na dniówce w tejże kopalni albo już od kilku dni strajkowali. Tak, nigdy tego nie zapomnę i oczywiście będę pamiętać po swojemu. Zginęli moi sąsiedzi, potem życie już było inne. Nie chcę komentować jak się celebruje pamięć o nich i czy to miało sens. Pewnie miało ale ja teraz znam wnuczki tych górników i córki i nigdy o tym nie rozmawiamy. Wracam więc do chwil aktualnych niewątpliwie obarczona takimi trudnymi wspomnieniami. Jak każda z Was lubię Swięta i cały ten bałagan przed. Tylko co zrobić z tym połamanym kręgosłupem, z tymi spuchniętymi nogami, zmęczeniem generującym się już od rana i z podopieczną, która mówi, że świąt nie lubi i niech się już skończą. Jest mi bardzo smutno, postaram się nie przekazać takich nastrojów moim synom i ich żonom bo widzę jak się cieszą i przygotowują i stanę na własnej steranej głowie żeby było jak zawsze. Tylko pies mnię niepokoi, z Lecznicy prawie nie wychodzimy a ta będzie w czasie świąt nieczynna.
sobota, 15 listopada 2008
List do przyjaciół
Bardzo dziękuję za serdeczne i wspierające wpisy. Nie, nie mam wątpliwości, że robie cos złego ale to i tak bardzo boli i Wasze słowa pomagają mi naprawdę. Tylko czasami taki bunt - dlaczego to ja własnie tak to muszę przeżywać i nie czuję żadnego wsparcia od moich braci i ich żon. Czy fakt, że to właśnie ze mną mieszka Mama zwalnia ich od empatii i chociażby zwykłego telefonu pt. co słychać czy "jak sobie radzisz?" A właśnie radzę sobie zle, bo od poniedziałku wysiadł mi kręgosłup. No po prostu pochyliłam się na tarasie żeby obskubać zeschłe liście z pelargonii i tak już zostałam. Ból nie pozwalał mi przez kilka dni poruszyć się zupełnie. Niezastąpiony pobiegł był do lekarza rodzinnego i ten "na gębę" zapisał leki. No nic to, ważne, że pomagają. Już dzisiaj i wczoraj mogłam usiąść do kompa, czyli zdrowie wraca, pytanie tylko na jak długo. Niezastąpiony przejął funkcję opiekunki bez słowa i chwała mu za to publiczna. Mama na szczęście nie oponowała a ten na duże N zachował się z dużym taktem i poczuciem humoru. Czyli nie tak całkiem los mnię pozbawił. Dziewczyny, w zasadzie nie znam Was wcale ale tyle dałyście mi oparcia, czego nie mogę powiedzieć o bliskich mi znajomych i ewentualnie przyjaciółkach. W sumie nie wiem dlaczego tak jest. Przecież nigdy nie byłam męcząca ani wymagająca pomocy. A wręcz przeciwnie zawsze byłam do dyspozycji. Widocznie zle wybrałam, kiedyś tam,. Ale nie będę się dzisiaj zagłębiać, nie ma sensu. Staram się myśleć pozytywnie i każda jakoś tam dobrze przespana noc mnię cieszy. Pisałam już kiedyś, że cieszę się życiem, to nie slogan. Kręgosłup ma się coraz lepiej i proszę się o mnie nie martwić. Zuzia pcha mi się na klawiaturę, widocznie coś by chciała dopisać...Pozdrawiam serdecznie.
środa, 29 października 2008
Kochana Asiu,
Kochana Asiu właśnie o to chodzi, że nie daję rady. Chociaz bardzo sie staram. Mam świadomość, że nie mogę bez końca brać tabletek na uspokojenie i nie mam tu na myśli środków ziołowych. A jest prawdą, że znacznie łatwiej jest mi zaczynać dzień kiedy bladym świtem coś zażyję, po prostu wtedy Mamine wejścia nie robią na mnie takiego wrażenia. Rozum nie pozwala dłużej tak żyć. Załatwiam Mamie pobyt na stałe w domu opieki społecznej tuż koło mojego miejsca zamieszkania. Wybrałam ten obiekt bo tak blisko i będę ją mogła codziennie odwiedzać ...no i obserwować jak jej tam jest. Okres oczekiwania na "miejsce" to około pół roku, nie wiem czy ja tego doczekam. Zle zrobiłam, że wcześniej nie spojrzałam sobie w oczy. To zwyczajna hipokryzja z mojej strony i teraz to się mści na wszystkich. Jutro przybędzie urzędniczka z MOPS-u rozliczać nas z możliwości finansowych, Boże jakie upokorzenie. Pobyt w państwowym ośrodku wynosi 2,5 tys. zł miesięcznie. Pokoje małe, dwuosobowe ale opieka podobno dobra. Różnicę, którą nie będziemy mogli dopłacić refunduje MOPS stąd te liczne wywiady i zaglądanie nam do garnków. Jest to dla mnie i dla Niezastąpionego niezasłużona kara i upokorzenie. Mama twierdzi, że się ze mną nudzi i chce tam iść. Ale jest jak dziecko i wiem, że wkrótce zacznie narzekać, co mogę jeszcze innego zrobić. Nie napiszę publicznie jak Kasia Klich, że chętnie wyskoczę z dużej wysokości ale jak tego nie uporządkuję we własnej głowie to kto wie. tak wiem, że wszyscy mamy kiedyś starych i często sparaliżowanych rodziców i, że naszym obowiązkiem jest i tak dalej. Opiekuję się Mamą już pięć lat i może to jest po prostu za długo. Brzmi to strasznie? Niewątpliwie ale jest prawdą, która nie pozwala mi normalnie oddychać. Między czwartą i piątą nad ranem myślę sobie, że jest tylu ludzi oddanych do takich ośrodków czyli ktoś taki jak ja też musiał podjąć tak trudną decyzję. To mnię w jakiś tam sposób pociesza.
piątek, 17 października 2008
Nowa informacja
Piszę tylko dlatego, że czuję się zobowiązana wobec osób, które w jakiś tam sposób wciągnęłam w dramaturgię mojego losu. No nie jest ciekawie jak zresztą przewidywałam. Po prostu znajduję, że sił jakby coraz mniej. A chciałoby się dobrze. Jestem ciągle niezdrowa i na pewno ma to podłoże psychiczne. No staram się naprawdę ogarnąć swoje obowiązki i tłumaczę sobie nieustannie, że to nic nowego pod słońcem i, że należy się z tym życiem pogodzić.Ale co poradzić kiedy serce wali jak na alarm i ciśnienie nie poddaje się żadnym terapiom. Noce są mi dobrze znane tak około od czwartej. Radio trójka, gazety i woda mineralna pozwalają mi dotrwać do rana a potem jest mi zle bo jestem śpiąca i nieznośna. I przenoszę to niestety na swoją podopieczną a ona swoje nerwy na mnie. Też w nocy nie śpi. I tak się kołyszemy Matka z córką i końca nie widać i nawet nie wiadomo kto zawinił. Przepraszam.
poniedziałek, 06 października 2008
Zgłaszam się
Zgłaszam się, że żyję ale co to za życie. Każdy dzień odznaczam kreską a to dopiero początek. Tak, przyjdzie zaaklimatyzować się od początku. Mam wrażenie, że nic nie odpoczęłam a nawet wręcz przeciwnie. Podopieczni mają się dobrze i mam tu na myśli czworonogi. Nawet mój weteran pod wpływem młodzieży jakby odmłodniał. Od jutra zaczynam poważną z nim kurację, nie wiadomo co to pomoże ale spróbuję. Nie przypuszczałam, że moje wąskie łóżeczko może pomieścić oprócz swojej przepastnej pani dwa koty i dwa psy za jednym razem...i gdzie się podziała moja alergia? żywina około piątej rano domaga się śniadania, każdy innym głosem. Wyczuli we mnie brak charakteru niewątpliwie. Każdemu inna miska, z wodą, bez wody lub mleko cienkie (to dla Zuzi) a potem skomplikowana strategia wypuszczania do ogrodu, oczywiście każdy z osobna i na różną ilość czasu. U sąsiadki piętro wyżej - dowiedziałam się dzisiaj - w tym czasie ich pies gra koncert na wysokich tonach budząc całą rodzinę do życia. Jutro goście wracają do siebie. Wulkan zaliczony.
poniedziałek, 22 września 2008
Jesień idzie i bery...
Tak już żyję normalnie czyli jestem w domu i zaopatrzona w liczne medykamenty żyję sobie spokojnie. Te ilości leków są porażące ale szybko się do tego przyzwyczaiłam. Przynajmniej teraz się nie boję oddychać. Dostałam nareszcie właściwą kurację i za to jestem naprawdę wdzięczna lekarzom. No dobrze, za tydzień odbieram Mamę z wiadomego ośrodka i tu zaczyna się problem. Mama posunęła się bardzo że tak powiem psychicznie, mówi jakieś dziwne bzdury, boi się o siebie i tu trudno ją nie zrozumieć. Może będzie wszystko dobrze a może nie... Staram się myśleć pozytywnie ale średnio mi to wychodzi. Mamie się coś w końcu poplątało, i taką ją za tydzień dostanę do domu. Kocham ją bardzo ale Ona nie jest w stanie tego zauważyć. Jak to będzie dalej naprawdę nie wiem. Jak by tego było mało za tydzień przejmę opiekę nad zwierzętami mojego syna i jego żony. Czyli miodzio kot rudy i lola suczka małoletnia. Mój znany medialnie syn jedzie zdobywać kolejny wulkan Boże wybacz a jego młodszy brat jak zwykle jedzie jako wolontariusz. I jego młoda żona. Ja zostaję moje kochane z dobytkiem czyli z psem młodym, z kotem wieloletnio rudym no i z moim starym przychówkiem. Jesteśmy z Niezastąpionym codziennie w lecznicy bo mój piesek nie chce już za bardzo życ , nie, nie przyznam się że coś robię nie tak Pani weterynarz twierdzi, że spokojnie możemy tak poczekać. Przepraszam, że tak szczerze o tym piszę.same chciałyście.
poniedziałek, 08 września 2008
Wspomnienia z wakcji
No to się nadelektowałam, za wszystkie czasy a dokładniej za dwa lata oczekiwania na jakikolwiek wyjazd. Po kilku dniach spacerowania i głównie kąpania w leczniczych solankach dostrzegłam coś na kształ złego samopoczucia. Kaszel, ból w piersiach no i duszność. Skończyły się dobre czasy, w pośpiechu wracaliśmy do domu. Trafiłam do lekarza rodzinnego jeszcze na własnych nogach ale już dalej byłam transportowana przez panów z czerwonych uniformach, sprawnych w podawaniu tlenu i życiodajnych kroplówek. Nawet niewiele z tych chwil pamętam Z omdlenia wybudził mnię dotkliwy ból ręki kiedy pani pielęgniarka zdenerwoweana i nieumiejętna wwaliła mi pod skóre hydrokortizon. Nie zauważyła, że nie dotarłóa do żyły. No nic, szpital blisko, po kilku godzinach ratowania, badania na izbie przyjęć trafiłam wreszcie na łóżko we właściwej klinice czyli pulmunologii. Położona na sześcioosobowej sali, zmęczona próbowałam przytulić się do nowej poduszki i zwyczajnie zasnąć. Z kąta sali dobiegł mnię stanowczy głos: i nie wolno żadnych dezodorantów ani perfum bo jestem uczulona! Podniosłam zmęczoną głowę i zobaczyłam śmieszne monstrum siedzące na łóżku i kiwające zabawnie nóżkami. Nad agresywnym okiem tkwił ukwiał złożony z tłustych stąków podwiązanych jakąś szmatką. Z drugiego końca sali odezwał się stanowczy głos, że oczywiście zapach ludzki jest sprawą naturalną i lekarze powinni przywyknąć. Zapadła cisza, niezastąpiony pochylił się nademną i wyszeptał: bardzo Ci współczuję. Pognał z ulgą do domu żeby dostarczyć mi potrzebną bieliznę itd. Wrócił przed zmrokiem z dużą torbą turystyczną. Był w szoku, wiem, ale i tak przeszedł samego siebie. Otrzymałam do łóżka co następuje: stary maminy szlafrok ze wściekle różowej frotty, ręcznik wydobyty z jakiegoś pawlacza leżący tam od lat, tym razem nie frotowy za to z żółtymi od leżenia pasami na wieloletnich zagięciach. Do dzisiaj nie rozumiem jak go znalazł. Z kosmetyków wyłożył mi na kołdrę markowy puder sypki, pędzel z bobrowej sierści i puste pudełko po kremie na dzień marki Oceanic AA. Zamiast pasty do zębów otrzymałam krem do golenia ...i nic więcej. Leciał jeszcze raz do domu tym razem z kartką i ścisłą instrukcją gdzie co w domu mamy. Nie pomogło, dopiero następnego dnia sąsiadka włamawszy się do mieszkania sprawnie zgromadziła co potrzeba. Naprawdę mam w domu porządek. No to leczono mnię intensywnie a ja próbowałam przetrwać w wybitnie ekstremalnych warunkach. Wkrótce synowa pośpieszyła z odsieczą i przyniosła mi MP3 na uszy. To mnie uratowało, wierzcie mi na słowo. Kobietki w liczbie 5 kłapały jęzorami od szóstej rano do wieczora. Chore były poważnie ale takie weteranki z niewydolnością płuc i skazane na częstą pomoc szpitalną. Pobyt traktowały jako okazję do kontaktów towarzyskich. Ale na jakim poziomie, gdybym tego nie przeżyła nigdy bym nie pomyślała, że można publicznie i z taką swadą informować o swoim przewodzie pokarmowym i następstwach trawienia. Paniusia spod umywalki jadła wcześnie i dużo by po chwili zamartwiać sie brakiem efektów że tak wprost napiszę fekalnych. Biegała po pokoju masując energicznie brzuch, od czasu do czasu jęcząc, że chyba rodzi. Nadmieniam, że wszystkie byłyśmy "w pewnym wieku". Kuleczka z innego kątka miała nieustającą sraczkę bo przesadziła z lekami. Informowała nas na bieżąco co z niej leci i w jakim kolorze. Dla uzupełnienia horroru kobietka spod okna z koczkiem a,la Niezabitowska nie myła się wcale i przez osiem dni nie zmieniała zadnej bielizny. Na nogach nosiła rajstopy przeciwżylakowe i chyba sądziła, że to jej druga skóra. W ciągu dnia wykładała spodnie od piżamy na zalany słońcem parapet i wietrzyła wiadome fragmenty. Wrażliwych proszę o zaprzestanie czytania, muszę to opisać bo inaczej nie odparuję. Niezastąpiony dostarczył mi fa w kulce i pytał co może jeszcze dla mnie zrobić. No dostarczać dużej ilości bateryjek. Można bez przesady powiedzieć, że muzyka uratowała mi życie, a na pewno zdrowie psychiczne. Panie wkrótce bez ceremonii przeszły na "Ty" wciągając mnię oczywiście w zażyłość. Jedna wisząc nad moim łóżkiem opowiadała o swoich horrorach zdrowotnych i przy okazji wytrąciła mi wenflon z żyły a zakładanie nowego bolało bardzo bo mam z tym problemy. Przysięgam, że nic nie przesadzam a wręcz jest to fragment tego co mogłabym napisać. Nadmieniam, że żadna nie umyła włosów ani zębów a leżałam z nimi osiem dni. Pani Marysia na środkowym to była śmieszna, zabawna kobitka z sąsiedniej dzielnicy za to czysta patologia. Słowa na wiadome litery pojawiały się w każdym zdaniu, w przypływie lepszego humoru występowała wokalnie z przyśpiewkami spod budki z piwem. Widać było, że spędziła tam większość życia. Ale w końcu ją jedną znosiłam, pomagała mi zresztą chętnie. Przez tyle dni żadna nie zaglądneła do moich gazet ani nie była ciekawa co w tlewizji. W pokoju był telewizor na dwuzłotówki. Jestem nadal w szoku, nie byłam pierwszy raz w życiu w szpitalu ale czegoś takiego nawet nie wymyśliłabym. Dla kontrastu dodam, że klinika na wysokim poziomie diagnostycznym, bardzo uprzejmi lekarze i miłe pielęgniarki. No to koniec opowieści wakacyjnych, teraz dochodzę do zdrowia w domu, leków mam jednocześnie do połknięcia i wdychania dokładnie szesnaście. Obiecuję sobie, że w przyszłym roku na okres sierpnia zakopię się do mysiej dziury jako, że ten miesiąc nie należy mi się do życia. Patrz rok temu. Wracając do mojego zdrowia to po prostu złapałam paskudną bakterię, lekarze twierdzą, że w sanatoryjnych basenach. Mam z głowy takie kąpiele., do końca życia. Zawsze twierdziłam, że na udane wakacje trzeba sobie zasłużyć - widać mi się nie należqło, tylko co w tym wszystkim zawinił Niezastąpiony. Od teraz z dużej litery nazwany, patrząc jak przejął opiekę nad moją Mamą dochodzę do wniosku, że jeszcze raz za niego za mąż wyjdę, jeżeli tylko zechce, ale nie zdziwię się kiedy powie, że nie.
wtorek, 19 sierpnia 2008
Co nowego?
Jak już tak chcecie mnie czytać to piszę i dziękuję jednocześnie za uwagę. Nie będę się wysilała na "felietony" tylko zwyczajnie piszę co idzie. Idzie tak, że w tym lipcu i sierpniu zwyczajnie przestałam się lubić. Miało być cudownie, po raz pierwszy przedłużyłam Mamie pobyt w Zakładzie do pół roku. Sama chciała. Efekt tej logistyki nie zadziałał dobrze, jak wspomniałam. Nigdzie do tej pory nie wyjechałam bo raz, że pies umiera w tempie zwolnionym a dwa, że bardzo bolą mnię nogi. Kolejny lekarz zapisał kolejne leki ca. 150 NPL i nie wyartykuował co mi dolega. Skierowania do jakichkolwiek specjalistów nie podarował niestety. Był przy tym tak miły, że gdybym była chociaż 10 lat młodsza pomyślałabym, że mnie uwodzi. Kazał podnieść spódnicę i stwierdził autorytatywnie, że zbliżają się żylaki. Odmówił skierowania do przychodni właściwej. I tak siedzę przed stosem pudełek z nowymi lekami na zasadzie a nuż pomoże. Chryste Panie ja jutro jadę na "wakacje" z niezastąpionym do Ustronia. Co my tam będziemy robić kiedy ja chodzić nie potrafię? Brat dzisiaj w nocy z Portugalii przyjeżdża żeby do Mamy codziennie zawitać i moją gawiedzią się zająć. Ja muszę udawać pełnosprawną...żeby jemu to się psychicznie opłacało, tzn. ta podróż kosztowna. Nie chcę tu być złośliwa bo mój brat przez te wszystkie lata bardzo mi w opiece nad Mamą pomaga ale na swój sposób zmusza mnię do "odpoczywania". Mnię i mojego męża. Co poradzisz? Dlatego przestałam pisać, życie zapętliło mi się za bardzo, nie chcę tu kwękać bo i po co. Jednocześnie jest kilka osób, które bardzo lubię i otwieram stronę codziennie i jest to dla mnie ważne. że nie wspomnę o tych moich przyjaciółkach spotykanych w "realu" a jeszcze niedawno zupełnie nieznanych. Jutko, Doroto, nawet jeżeli nie będę umiała pisać "bloga" zawsze Was czytam i przejmuje się i to jest dla mnie bardzo fajna sprawa. Wrócę z Ustronia na pewno w lepszej formie i doniosę jak się z NNiezastąpionym delektowałam.
|